Dieta permakulturowa a tradycyjna

Jednym z częściej spotykanych zarzutów względem permakultury a zwłaszcza leśnych ogrodów jest dobór gatunków roślin, zwierząt czy grzybów jaki używany jest w projektowaniu permakulturowym. Kiedyś nawet mój ulubiony bloger napisał krytyczną uwagę względem mrozoodpornego kiwi. Różnych (jeszcze) obcych i nieznanych naszej kulturze roślin, zwierząt, grzybów używa się by osiągnąć „pełnię produktywności”. No tak, ale dlaczego nie możemy tego samego osiągnąć używając rodzimych i tradycyjnych roślin?

Wynika to z tego, że wiele nisz ekologicznych w naturalnych ekosystemach jest w Polsce niezagospodarowanych. Nawet w (polskich) ekosystemach klimaksowych! Stosunkowo mała ilość gatunków drzew (i innych roślin)  jest spowodowana specyficzną budową geologiczną i tektoniczną  Europy – W czasie ostatniego zlodowacenia wiele gatunków roślin z powodu barier geograficznych nie miało możliwości się „wycofać” na cieplejsze południe, gdyż  „na południu” były łańcuchy górskie (wraz ze wzrostem wysokości spada średnia temperatura powietrza, zatem przesunięcie się na południe nie dawało wielu gatunkom możliwości „ucieczki”. Inną barierą geograficzną było np. Morze Śródziemne. Stosunkowo słabe „połączenia” z Azją (między Morzem Kaspijskim a południowym podnóżem Uralu) i Afryką (w pewnym sensie Gibraltar?)  sprawiły, że bioróżnorodność Europy jest dużo mniejsza niż ta na sąsiednich kontynentach (a zwłaszcza w porównaniu z Azją do której Europa częściowo ma podobny klimat). Za kilkadziesiąt czy kilkaset tysięcy lat zapewne i bez udziału człowieka bioróżnorodność Europy wzrosłaby, czy wyrażając się inaczej – powróciłaby do dawnego stanu.



Mapa hipsometryczna Europy z zaznaczonymi barierami geograficznymi (czerwone strzałki), które uniemożliwiły niektórym gatunkom wycofanie się na południe.  Czarnymi kreskami zaznaczone jest potencjalne miejsce skąd do Europy po ustąpienia ostatniego zlodowacenia mogły dostawać się w łatwy sposób gatunki, które ocalały w Afryce i Azji.

Zupełnie inną i dużo mniejszą parą kaloszy niż rośliny występujące w Europie „naturalnie” są rośliny jadalne czy chociażby użytkowe, które można uprawiać w Polsce. Najmniejszą z tego grupę stanowią rośliny które w  naszych warunkach klimatycznych nie tylko przeżywają zimy (w przypadku roślin wieloletnich), ale takie, które dają nam jakieś rozsądne plony. Nie da się ukryć, że rośliny takie jak chociażby:

  • Mrozoodporne kiwi
  • Nasturcja większa
  • Bataty (słodkie ziemniaki)
  • Oliwniki wielokwiatowe, baldaszkowate
  • Karaganę syberyjską*
  • Kasztan hybrydowy
  • Kolcowój pospolity
  • Klajtonia przeszyta
  • Amarantus
  • Cykorii
  • Asyminę trójklapową (Pawpaw)
  • Świdośliwy
  • Jagoda kamczacka

trudno nazwać tradycyjną polską żywnością. Nie będę z tym poglądem polemizował, bo nie ulega wątpliwościom, że większości z nich nasi przodkowie nie jedli. Obawa i niechęć do nich uzasadniona jest wrodzonym konserwatyzmem ludzi. Nie jest to co prawda nic złego, jednak konserwatyzm wcale nie oznacza odrzucenie wszystkiego co nowe.  Chciałbym pokazać, że dana roślina „tradycyjną” stać się może bardzo szybko. Kilka przykładów takich „tradycyjnych” roślin:

  • Borówkę amerykańską sprowadzono do Polski tuż po II WŚ.  (1)
  • Pierwsze pomidory na Ziemiach Polskich wyhodowano w 1880 roku. Jego uprawa upowszechniła się dopiero II WŚ  (2)
  • Kapustę pekińską wprowadzona do polskiego menu i uprawy (w Polsce) na przełomie lat 7o/80 tych ubiegłego wieku(3).

Całkiem nowe są te „tradycyjne” uprawy. O ile życie bez kapusty pekińskiej jestem sobie w stanie wyobrazić (choć do sałatki z tuńczykiem i serem żółtym jest niezastąpiona), to bez borówek czy pomidorów mój żywot byłby dużo mniej szczęśliwy – moja jakość życia prawdopodobnie by ucierpiała (choć z drugiej strony czy doskwiera ludziom brak rzeczy których nie znają?). Podobne zjawiska zachodzą również w dziedzinie kultury, bo czy ktoś poza garstką amerykanistów i antropologów słyszał w Polsce w latach 80-tych o Walentynkach czy Halloween? Nie mówiąc nawet o ich obchodzeniu? A spróbuj mając dziewczynę w wieku kilkunastu lat zignorować Walentynki!**

Do czego zmierzam… Ograniczając wybór roślin tylko do tych „rodzimych” i „tradycyjnych” (cokolwiek to znaczy) bardzo ograniczamy swoje możliwości oraz przyszłych pokoleń możliwości wyboru. Całkiem możliwe, że w tym przypadku botaniczny konserwatyzm jest czynnikiem kulturowym ograniczającym plony.

Kolorem zielonym oznaczone są rośliny występujące „w naturze”, żółtym te które mogą być uprawiane w Polsce,  kolorem czerwonym te, które mogą dać sensownych rozmiarów plony/korzyści. Koła po lewej obrazują sytuacje w której w wyborze roślin ograniczymy się tylko do Europy i roślin w chwili obecnej uznanych za „tradycyjne” i „rdzenne”. Koła po prawej pokazują możliwości jakie daje nam korzystanie z zasobów przyrodniczych całego świata. Wraz z większymi możliwościami wiąże się potencjał do wyższych plonów.

Całkiem możliwe, że czy się nam to podoba czy nie za 2-3 pokolenia pizza z ogórkiem kiszonym, kiełbasą śląską i śledziem będzie uznawana za tradycyjną potrawę. Nie uważacie, że warto potomnym zostawić lepszą spuściznę niż jakąś przaśną pizzę?

*IMO strąki karagany smakują  dość marnie – w chwili obecnej to raczej jedzenie na czas wojny lub innego podobnej klasy kataklizmu.

**Jeśli jest się ściemniaczem wysokiej klasy to oczywiście wszystko przejdzie. Kara za nieobchodzenie Walentynek nie dotyczy również ludzi z kręgu „alternatywnego” (punków, hipisów, metalów i innych co „fuck the system”)

Jak zwykle jestem ciekawy co o tym myślisz.

Related Post

Comments

  1. says

    Panie Wojciechu,

    Dobrałem się właśnie do II tomu „Hodowli koni” pod red. prof. W. Pruskiego, wydanej po raz pierwszy w roku pańskim 1959, więc więcej już niż pół wieku temu. Dzieło to zresztą odpowiada na masę pytań jakie mi się nasuwały a propos projektu „Rok 1913+” obecnie znanego szerzej jako „projekt agepo”.

    Niech Pan zgadnie co (m.in.) prof. Pruski poleca jako dobrą roślinę na żywopłot pastwiskowy..?

    Karaganę oczywiście…

    Cofam zatem wszystko co o kiwi marudziłem. Brak wiedzy…

  2. permakulturnik says

    Witam, cieszy mnie bardzo Pana zmiana zdania i to, że szacowni profesorowie już ponad pół wieku temu zalecają to co i ja dzisiaj piszę. Chyba zostaje mi uczcić to tradycyjną pizzą z kapustą kiszoną 😉

    Musze jeszcze tylko dobrać się do danych dotyczących tego ile azotu wiąże karagana, bo poza określeniami „bardzo dużo”, „jest wydajna” nie natrafiłem na żadne konkrety.

    Chyba sam będę musiał się przeprosić ze starszymi książkami dotyczącymi rolnictwa – przecież większość osób w Polsce pół wieku temu gospodarzyła niemal tak, jak niemal będzie trzeba w czasie Peak Oil.

    Już się nie mogę doczekać przeczytania o Pana odkryciach…

  3. Zenon Małolepszy says

    Witam Autora i gratuluję profesjonalizmu.
    Czy zechciałby Pan podzielić się ze mną swoją opinią na temat ewentualnego wykorzystania w celach energetycznych (biogaz lub kompostownik grzejny) trzciny wodnej, do której mam swobodny dostęp. Chodzi mi szczególnie o proporcje C:N.
    Pozdrawiam ZM

  4. permakulturnik says

    Witam, dziękuję za dobre słowa.

    Niestety nie znalazłem danych dotyczących proporcji C:N dla trzciny. Napiszę jednak co wiem i co mi się wydaje :)

    Proporcje C:N azotu w bylinach (trzcina co roku produkuje nowe części nadziemne) zmieniają się na przestrzeni roku. I tak zielona, soczysta ścięta wiosną będzie miała niższy stosunek C:N „na oko” może coś około 30:1? Trzcina starsza będzie miała dużo mniej tego azotu. Również szacuję „na oko” 80:1 – 120:1 ? Wykorzystywana była/jest na strzechy i wytrzymywała około 30 lat, więc nie może mieć dużo azotu.

    Jeśli trzcina rośnie w środowisku bogatym w azot (jak np. zanieczyszczone jeziora, rowy melioracyjne, przydomowe oczyszczalnie ścieków) to zawiera więcej azotu. O ile więcej niestety nie wiem.

    By proces kompostowania był intensywny będzie trzeba dodać materiału bogatego w azot (gnój, mocz..). Jeśli jednak zależy Panu na tym by proces ten był bardziej długotrwały to wtedy potrzebować Pan będzie więcej trzciny, choć obędzie się bez dodatków.

    Jeśli ma Pan dostęp do trzciny to jej wywiezienie z ekosystemu będzie raczej tylko korzystne, zważywszy, że większość jezior/stawów/potoków jest zanieczyszczona nadmiarem biogenów (N,P,K) a trzcina jest „zachłanna” na te pierwiastki. Jej użycie do ogrzewania to IMO bardzo dobry pomysł, metoda (biogazowanie/kompostowanie) już mniej istotna.

  5. says

    Każdy ma inny poziom tolerancji tego co jest dietą „naturalną” dla naszego klimatu a co już nie, pozostawmy tą kwestię każdemu do prywatnego uznania. Miło że takie artykuły poszerzają horyzonty na „naturalność” może podważą poglądy jakiegoś fanatyka :]

    Planuję zalesić (zakrzaczyć?) parę arów. Wiesz Wojtku gdzie mogę nabyć większą ilość wspomnianej karagany syberyjskiej po rozsądnej cenie?
    Czy wyjdzie taka sztuka jak z wierzbą, by naciąć sadzonek z dorosłej rośliny-matki i nawtykać w grunt?

  6. permakulturnik says

    Karagana rozmnaża się ze sztorbów. Wiem, że znajomy na allegro kupił (kilka zł za kilkadziesiąt sztuk plus wysyłka) i mu wyszło. Więc taki motyw powinien wyjść.
    Dobrze jest namierzyć w mieście gdzie rośnie, bo to roślina niezwykle popularna i się w ten sposób można zaopatrzyć.

    W szkółkach sprzedają sadzonki w cenie kilkudziesięciu gr – złotówka za sztukę (wysokości gdzieś dobrych 5o+ cm). Musisz szukać bezodmianowych, bo inaczej skasują Cię dużo więcej i te odmianowe zwykle mniej produktywne są.
    Zaopatrzyć się możesz przez internet (wpisz karagana syberyjska sadzonki), potem znajdziesz coś może blisko siebie. Czasami też w szkółkach leśnych.

  7. mopel44 says

    Chcialem podjac dyskusje o diecie i ogolnie o problemach z tradycyjnoscia „twardoglowych” ludzi w naszym kraju. Zaznaczam ze bardzo lubuje sie w naszej kuchni , nie mniej jednak bardzo lubie obce kuchnie – np. hiszpanska ,wloska, meksykanska czy amerykanska. Dobry domowy hamburger to calkiem dobre jadlo! To samo tyczy sie gatunkow rodzimych czy tez nie. Wszyskie oszolomy powinny sie zastanowic – mamy zyc dobrze czy zle i tradycyjnie…
    Poslka oslawiona kuchnia nie pasuje w naturalnej formie do obecnego trybu zycia i jest wrecz niezdrowa…
    Pochwalam projektowanie systemow na rodzimych gatunkach , jednak system im bardziej produktywny tym lepiej …
    Co jest rodzime a co nie to b.dobrze P.Wojtek zademonstrowal w tym i innych wpisach… ziemniaki, pomidory , salata pekinska, orzech wloski. B.dobry wpis o ile pamietam o topinaburze byl – nim przywieziono ziemniaki jedlismy lepsze rzeczy.
    A tak przy swietach nie mozna nie wspomniec o karpiu … ktory zagoscil w naszej tradycji za sprawa (tfu!) PRL , gdyz jak wyczytalem byla to jedyna ryba ktora jest w stanie wytrzymac transport i hodowle lokalna, dajac dobre wyniki ekonomiczne, oraz by mozna bylo spozyc wlasnorecznie wypatroszona rybe … a dlaczego patroszyc wlasnorecznie zywa ? by byla pewnosc ze swieza …
    Pozdrawiam permakulturowcow!
    Panie Wojciechu opisane sa gdzies ceny panskich uslug ? Mam mianowicie na mysli koszty np wraz z wyskonaniem/dostarczeniem sadzonek, sam projekt. Mozliwe ze w rekach moich najblizszych znajdzie sie spory majatek ziemski. Chcialbym zaproponowac im panskie podejscie do agrokultury. Czy dostarcza Pan rowniez jakies rozwiazania w temacie biogazowni?
    mopel44

  8. says

    Polska kuchnia tradycyjna bardzo pasuje i jest bardzo zdrowa (przede wszystkim dużo zdrowego tłuszczu i różnorakich mięs, z dodatkiem naturalnych darów lasu, pełnoziarnistego pieczywa i kasz). Kto myśli inaczej ten ma niestety wyprany umysł przez kłamliwe media, gazetę wybiórczą, itp.

    A karp to staropolska zdrowa, smaczna i szlachetna, królewska ryba która przed wojną oczywiście gościła jedynie na stołach u zamożniejszej szlachty, biedota wcinała tylko solone śledzie (dziękujmy PRL za rozpowszechnienie karpia! niektóra z rzeczy która się im udała).

  9. mopel44 says

    Drogi panie nie bedziemy sobie pozwalac na takie polajanki. Ani to nie miejsce na to ani styl i poziom reprezentowany przez panska osobe na to nie pozwala.

  10. permakulturnik says

    Mam wrażenie, że to co jadamy na co dzień a nawet od święta ma się nijak do tego czym była kiedyś (przed II WŚ) kuchnia polska. Po prostu Niemcy i komuniści wybili zdecydowaną większość elit, w tym kulinarnych. Zresztą potem, (co miało nawet istotniejszy wpływ na sposób w jaki jemy i gotujemy) ukształtowało naszą kuchnię 50 lat (II WŚ + PRL) niedoborów żywności a zwłaszcza co bardziej wykwintnej. 50 lat to 2 pokolenia, które wzrastały w otoczeniu kulinarnej pustyni.

    Nie może być inaczej, że nasza kuchnia opiera się na ziemniakach, kaszach, mące przygotowanej na dziesiątki sposobów – po prostu to za komuny to było, a czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci.

    Potem, za „kapitalizmu” było za mało „depozytariuszy” tradycyjnej kuchni polskiej (starszych ludzi, którzy pamiętają jak jadło się przed IIWŚ, „tradycyjnych” szefów kuchni, potomków szlachty…) Natura nie znosi próżni, więc kulinarna pustka została zastąpiona przez kuchnię innych krajów. Nawet nie z powodu tego, że była lepsza (choć Polacy mocno preferują zagraniczne rzeczy), tylko z powodu tego, że w ogóle istniała.

    Polska kuchnia przyszłości zapewne będzie jakimś „miksem” komunistycznej kuchni polskiej, kuchni zagranicznych, tradycyjnej kuchni polskiej (może nastąpi jej renesans?).

    @lubin
    Tutaj jedno źródło o karpiu (może nie najbardziej wiarygodne, ale czytywałem w książkach podobne opinie).
    http://www.cowtoruniu.pl/artykul-331

    Zresztą hodowlą karpia zajmowali się również mnisi – wątpię, żeby to było w celu sprzedaży szlachcie.
    Raz spotkałem się również z opisem warunków zatrudnienia dla służącej w bogatym mieszczańskim (albo szlacheckim – nie pamiętam dokładnie) domu. W ramach zapłaty służąca miała wyżywienie, kazała zastrzec sobie jednak, że łosoś nie będzie na obiad (dla niej) częściej jak raz czy dwa razy w tygodniu. Był to opis jakoś z początków XX wieku, w każdym razie przed II WŚ! Dzikich ryb zanim zanieczyściliśmy rzeki było kiedyś dostatek, nie zgodzę się zatem, że biedota jadała tylko solone śledzie.

    Sam lubię karpia. Zarówno pod kątem kulinarnym jak i „permakulturowym” – to bardzo permakulturowa ryba. Ma bardzo dobry współczynnik konwersji paszy, może żyć w ciężkich warunkach (mało tlenu, brudna woda…), żre prawie wszystko. To właśnie dlatego został wybrany przez komunistów.

    @mopel44 napiszę Ci maila ze szczegółami, ale tutaj jest link do oferty:
    http://permakultura.net/oferta/
    Do końca grudnia proszę odjąć od cen tam wymienionych 20%…

  11. says

    Tak, źle się wyraziłem ponieważ myślałem w kontekście ryby kupnej – a to był tylko śledź jak się patrzy, biedota oczywiście jadała także to co się złapało w rzece

    solenie nie było jedyną metodą konserwacji ryb – było to także suszenie / solenie z suszeniem

    dobrze znam ze źródeł rodzinnych sposoby przygotowania takich ryb na święta, tak jak i mocne elementy tej przedwojennej, staropolskiej kuchni – nie wszystkich nas wybili – my zbiedniali, „na zagrodzie” nieliczni przetrwaliśmy „porządki” Żydów z NKWD i band Ukraińców.

    w kontekście karpia i kuchni staropolskiej, i innych tematów narodowych narosło jednak wiele kłamliwych mitów – powtarzanych przez „znaffcóff” i marne dziennikarzyny, że nóż się człowiekowi otwiera jak słyszy podobne anty-karpiowe bzdury.

    oczywiście, są hodowcy partacze co trzymają ryby w złych warunkach – jednak znam hodowle na światowym poziomie, z jednymi z najsmaczniejszych ryb w Polsce – i tam jeżdżę po ryby

    a Panie mopel44 – najpierw zbyt łatwo nazywasz Pan innych oszołomami, łajasz Pan naszą wspaniałą polską kuchnię, a potem wielkie oburzenie i halo jak się ktoś dosadnie sprzeciwi

    jak machasz pan szabelką, bądź przygotowany że adwersarz tez ją wyciągnie!

  12. mopel44 says

    @W.M – Do grudnia raczej nie dam rady – moj mail Pan posiada. Do grudnia raczej nie da rady a z tego co zerknalem to ceny zdrowe. Ogolnie sam chcialem wykonac , jednak trafila sie okazja zycia i musze ja wykorzystac. Pewno Pan zauwazyl ze malo sie udzielam na serwisie a taki majatek permakulturowy to na PO najlepsza rzecz jaka moze byc.
    Nie moge doczekac sie artykulu traktujacego wykorzystanie pestycydow przez permakulturowcow :) Pestycydow tak odrzucanych przez roznych … nie bede tutaj tuj ponosil temperatury dyskusji :)

    @lublin – Nie wiem co Pan mi imputuje ale Pan dobrze wie i ja dobrze wiem ze to zostalo z tradycji to tylko dobre w smaku bomby kaloryczne traktorwane wybiorczo z calego repertuaru drastycznie juz okrojonej i zmodyikowanej kuchni. Oczywiscie z malymi wyjatkami.
    A co do moich inwektyw to powinen Pan wiedziec ze moje inwektywy byly skierowane do grupy ludzi ktora wlasnie Pan nazwal a takze ludzi ktorzy nie zjedza na wigilie lososia bo tradycjny jest karp , ktory swoja droga nie jest najzdrowsza ryba z repertuaru dostepnych nawet tylko regionalnie.

  13. says

    ostrzegam!!! – jak macie słabe nerwy i nie chcecie zwymiotować nie czytajcie dalej:

    większość łososia na polskim rynku to produkt, którego bym nie rzucił nawet bardzo głodnemu kotu nielubianego sąsiada, bo są granice przyzwoitości

    łosoś jest zdrowy – owszem – kupiony z kutra, bezpośrednio od rybaka zaraz po połowie, ewentualnie z baaaardzo ale to baaardzo zaufanego źródła

    tak się składa, że mam zarówno kontakt z ludźmi z branży rybnej, jak i kontakt z pracownikami supermarketów, restauracji… łosoś to ryba kosztowna, zbyt kosztowna dla 90% konsumentów w PL – efekt taki, że pomijając już wątpliwe źródła – on w magazynach i na stoiskach leży (krótko jak na ogólny obrót handlowy, za długo jak na rybę), on leżakuje, jest konserwowany, moczony w ciekawych środkach, zamrażany, rozmrażany i leży sobie, pracownik przerzuca któryś lód z kolei i łosoś leży w błogostanie…

    w końcu jakiś naiwniak kupi, a jak nie zrobi się promocje

    a łosoś wędzony porażka jeszcze większa, leży, leżakuje, czasem jest „lakierowany”, a czasem to co jest uwędzone (chemicznie + płyn wędzalniczy) wcześniej miało inny, ciekawy żywot

    niezły patent to tzw. pasty i kabanosy z łososia, ufff – czy muszę pisać dalej?

    ta reguła dotyczy generalnie wszystkich egzotycznych lub drogich ryb

  14. permakulturnik says

    Łosoś o którym pisała owa służąca zapewne był wysokiej jakości – dziki i z jeszcze czystych mórz i rzek. Ten powszechnie spożywany pochodzi z hodowli. Jeżeli chodzi o profil kwasów tłuszczowych to równie dobrze można sobie wypić kilka łyżek oleju słonecznikowego.

  15. says

    o ile wiem łosoś bałtycki – ten mniej różowe mięso – pochodzi z połowu – natomiast slyszalem ze najwiekszy gnój to ogólnie ryby z azjatyckich hodowli – np. panga i tilapia

    gdzie można znaleźć porównanie tych kwasów tłuszczowych? wkleiłbyś może te dane?

    a która rybe/ryby Ty uwazasz za najzdrowsze?

  16. permakulturnik says

    Po sprawdzeniu okazało się, że fermowy łosoś nie jest aż taki zły (jeżeli chodzi o profil kwasów tłuszczowych):
    http://www.marksdailyapple.com/salmon-factory-farm-vs-wild/

    Tutaj tabelka o o3 w tłuszczu ryb:
    http://www.scielo.br/img/revistas/babt/v46n3/17621t2.gif

    Sam staram się jeść tłuste, dzikie ryby morskie czyli śledzie, makrele, sardynki. Tych z dołu łańcucha pokarmowego nie opłaca się hodować, więc siłą rzeczy są bezpieczne. Jeśli jeść łososia, to dzikiego. Podobno alaskański jest ok, w Polsce się z dzikimi łososiami nie spotkałem, ale przyznam szczerze, że zbyt dokładnie nie szukam.

    W sprawie pang i tilapii czy każdego mięsa sprawdza się powiedzenie „jesteś tym co jesz”. Jeśli w paszy dla zwierząt dominują o6 (a w większości pasz dominują), to mięso zawierać będzie więcej tego typu tłuszczy.

    http://permakultura.net/2010/04/01/dlaczego-nie-powinnismy-karmic-zwierzat-ziarnem-i-czym-je-zastapic/

  17. says

    dzięki wielkie, zabieram się za lekturę

    dziki łosoś czasem jest dostępny jak mówiłem wcześniej – on nie ma aż tak różowego mięsa

    a ludzie z branży rybnej właśnie polecali mi szczególnie śledzie, makrele także, jako jednak najbezpieczniejszą opcję zakupową z ryb morskich

  18. says

    jestem po artykule, tłuszcze swoją drogą, ale artykuł niestety potwierdza mój pierwszy wpis o łososiach z niepewnego zrodla – teraz widzę że to się nie tylko dla kota nie nadaje – ja bym tego nawet do kompostu nie dosypał – fuj!

  19. permakulturnik says

    Koleżanka z Krakowa mi mówiła, że ma dostęp do dzikiego łososia i on rzeczywiście nie jest tak wybarwiony. Chciałbym tylko zaznaczyć, że wybarwienie łososia hodowlanego to tylko kwestia ilości barwnika (swoją drogą podobno rakotwórczego), którego do paszy dodają. Bez niego łosoś karmiony komercyjną paszą miałby kolor szary…

  20. mopel44 says

    Wlasnie z rybami ponoc jest tragedia! Prasa anglojezyczna wiesc niesie nawet o paszach skornych …
    Rozmawialem z kilkoma ludzi z kol wedkarskich i tych ich organizacji – 100 kg odzywki ( juz nie takiej toksycznej i chemicznej jak niektore ) = 100 kg przyrostu masy ryb w akwenie….
    Postuluje by w ramach projektu Agepo oraz permakultura.biz opracowac diete lub jej szkielet , mozliwa do uzyskania w lesnym ogrodzie tak aby zapewnic sobie zdrowie minimalizujac lub wrecz eliminujac ryzyko spozywania substancji w zywnosci komercyjnej :)
    Co do doboru ryb to najlepiej chyba poszperac w prasie jakie ryby sa hodowane w Norwegii i innych krajach a nastepnie ich nie spozywac. Czytalem kilka lat temu ze Norwegia generuje wiecej dochodu z hodowli ryb niz z ropy… czego niestety jeszcze nie zweryfikowalem.
    pozdrawiam
    mopel44

  21. permakulturnik says

    Fakt, że 100kg paszy daje 100kg przyrostu ryb akurat nie jest sam w sobie straszny. To kwestia wydajnej natury ryb i tego jak liczy się współczynnik konwersji paszy (WKP).

    Po pierwsze ryby są zwierzętami zmiennocieplnymi, czyli nie muszą wydawać tyle energii co ssaki lub ptaki na utrzymanie stałej temperatury ciała, co pochłania ogromne ilości energii.

    Druga sprawa to ryby pływają w wodzie :) – nie muszą wydawać tyle energii na utrzymanie postawy ciała, bo woda w której się znajdują praktycznie robi to za nie.

    Trzecia sprawa to WKP liczy się tak: paszę podawaną zwierzętom w suchej masie a ilość plonu (w tym przypadku ryb) podaje się w żywej wadze.
    Przykładowo soja ma wilgotność około 14%. Ryba pewnie jakoś 70-80%. Gdyby liczyć dokładnie, to z 1 kg soi robi się kilka kg paszy dla zwierząt o wilgotności takiej samej jak zwierzęta.

    Po czwarte pasza po przejściu przez przewód pokarmowy ryb może dostarczyć biogenów (nawozów) do rozwoju alg, które to z kolei będą bezpośrednio zjedzone przez ryby albo staną się podstawą łańcucha pokarmowego dla jedzenia dla ryb.

    Po piąte może brakować aminokwasów lub jakichś składników w naturalnej diecie ryb by rosły one wydajnie. Pasza może dostarczyć tych brakujących składników.

    No i na koniec trzeba dodać, że na potrzeby WKP liczy się najczęściej tylko paszę wyprodukowaną/zakupiona i wrzuconą do stawu/fermy – często nie liczy się tego co samo urośnie w stawie w którym hoduje się karpie np.

    Dlatego wskaźnik konwersji paszy dla ryb może być nawet … ujemny! Oznacza to, że dając np. 1 kg paszy można uzyskać 1,3 kg ryb. Co na pierwszy rzut oka wydaje się niemożliwe – wszystko kwestia statystki :)

    A pasza ze skór… Już od dawna używa się w karmieniu kurczaków przetwory z piór chociażby to dlaczego niby nie skóry? Skóra ma dużo kolagenu :)

    Dzięki za dobry pomysł dotyczący projektu i diety. To rozsądna sprawa.

  22. mopel44 says

    Slusznie, w stawie trudno okreslic – zgodze sie w pelni z ta arytetyka. Nie wiem dokladnie co moj rozmowca od pasz mial na mysli nie mniej jednak 😉 te pasze nie wolno brac do rak 😉 praca w rekawiczkach bo grozi silnym poparzeniem. Co do skor to nie wyrazilem sie prawidlowo – sprawa tyczy sie pasz ktore tucza rybe wchlaniajac sie przez skore … nie przez przewod pokarmowy …
    Co do diety, od dluzszego czasu o tym myslalem, bardzo znaczacy by juz byl spis roslin mogacych zapewnic znaczace ilosci pewnych skladnikow pokarmowych, takie kilkukrzakowe ubezpiczenie od pewnych turbulencji;) ktore z pewnoscia wystapia… dodatkowo bardzo popieram sadzenie roslin na pierwszy rzut oka nieprzydatnych zywieniowo.
    to chyba Murphy powiedzial ze ludzie dopiero robia rzecz wlasciwie , gdy wszystkie inne mozliwosci juz sie wyczerpia;) tak w wolnym tlumaczeniu tej mysli.
    PO to nie problem, wystarczy miasta uczynic efektywnymi energetycznie , zlikwidowac 80% niepotrzebnego transportu towarow, zaprzestac idiotycznego dojezdzania do pracy, choc mozna to zastapic sprawna infrastruktura szynowa, zaprzestac plastikowych nikomu nipotrzebnych szajsow i tworzeniu towarow ktore maja przetrwac okres gwarancji.
    Wszystkie te czynniki z pewnoscia spowodowalyby redukcje zuzycia energii o dobre 70% i klopot znika… nie mowiac juz o wyorzystywaniu odchodow w celach energetycznych czy water harvesting by nie pompowac wody setki kilometrow… jezeli mozna ja oczyszczac i gromadzic w glebie…
    Mam nadzieje ze wspomnianym majatkiem sprawa wypali i poznam w koncu Pana i zrobimy kawalek dobrej roboty 😉
    Dysponuje juz Pan kasztanowcem z … o ile dobrze pamietam Pensylwanii ? Co Pan mysli o slazowcu ?
    pozdrawiam
    mopel44

  23. mopel44 says

    Nie wiem Lublina niestety nie znam. W aglomeracji Katowickiej to najlepsze rozwiazanie i wielu profesorow z Poliechniki Gliwickiej przygotowalo juz nie jedna dobra analize.
    Z reszta taki transport juz na Slasku byl, bardzo dobrze sie sprawdzal, tylko to panstwo wszystko niweczy i rozwala.
    pozdrawiam
    Mopel

  24. mopel44 says

    a Lubin Pan w nazwie – nie wiem jak psycholodzy to nazywaja ale ma to swoja nazwe 😉 co do ozdobnych no to na pewno, choc wiele ozdobnych moze biomase produkowac a i tak nie jest to az taka ilosc miejca , wiecej energii drzemie w LP i niezytkach po PKP , nie ma takiej tragedii zeby trzeba bylo rezygnowac z upiekszania miast. Nie mniej jednak zgodze sie , wiele owocowych drzew dobrze prowadzonych moze byc i ozdobne i dawac przyzwoite plony.
    W rozwinieciu o transporcie , dobry transport szynowy jest wymagany – energia moze bezproblemowo pochodzic ze zrodel odnawialnych , jako transport nieindywidualny bylby bardziej sprawny ekonomicznie , nie trzeba sie od razu na rowery przesiadac. Sam po aglomeracji poruszam sie samochodem i wielu moich znajomych – z przymusu , olbrzymia ilosc znanych mi osob z mila checia pojechaloby pociagiem , niestety – nie da rady to jest Polska.
    Widzialem jak robia to Paryzanie i przedmiescia sa swietnie skomunikowane, rowerem na stacje i pozniej pociagiem szybciutko , milo i przyjemnie do serca aglomeracji. Piekna sprawa.
    pozdrawiam
    mopel44

  25. says

    Nie wiem – nie jestem z Lublina – byłem tylko przejazdem, ale patrząc na tą skalę miasta uważam, że dobra sieć dróg rowerowych byłaby rozwiązaniem (jak np. dla Poznania).

    Lubin ma natomiast modelową sieć dróg rowerowych i nawet jakiś czas temu gościliśmy kol. prezesa znanej organizacji „SRM Poznań” z wykładem i inspekcją tejże sieci na corocznej ogólnopolskiej konferencji transportu drogowego która tu ma zawsze miejsce :)

    (Swoją drogą jestem ex-działaczem „SRM Stowarzyszenie na rzecz Ekologicznej Komunikacji – Poznań”.)

    Aglomeracja śląska jest rzeczywiście radykalnie inna od naszej aglomeracji LGOM, mimo iz też charakter przemysłowo-górniczy, albo Poznania, itp. i nie będę zgrywał najmądrzejszego w kwestii Śląska (toż to chyba jedno gigantyczne mega miasto!?). Wy sami wiecie co dla was najlepsze.

  26. mopel44 says

    Na Slasku rowery jak najbardziej i gra jest warta swieczki , nie mniej jednak w naszym klimacie to rozwiazanie sezonowe, a nawet mniej , okolicznosciowe na 3-4 miesiace…
    dobra integracja – kolej – tramwaje – autobusy/autobusiki to jedyna najlepsza alternatywa w obliczu PO.

  27. says

    Co do pomyki Lubin/Lublin, itp. to nie ma sprawy :) jesteśmy do tego przyzwyczajeni – aglomeracja LGOM nie ma co się równać ludnościowo ze Śląskiem, mimo iż też jesteśmy górnicy – a czasem to bywa korzystne marketingowo – nie raz człowiek nieżle zarobił na tej problemowej nazwie „stolicy polskiej miedzi”.

  28. says

    czy rowery sa sezonowe czy okolicznosciowe to naprawde przede wszystkim kwestia przyzwyczajenia i mentalnosci, odpowiednich nawykow (ubiór) i oczywiscie ceny paliwa (bilety komunikacji miejskiej tez nie są tanie!)

    sam zwyklem jezdzic rowerem 12 mc w roku jak jakis Chinczyk, choc nie ukrywam ze na nieodsniezonych sciezkach bylo to trudne – i w rowerowym stroju nie pojdzie czlowiek w miejsca gdzie potrzebny jest garnitur

  29. mopel44 says

    Gornicy sie z gornikami dogadaja :) Co do Slaska – co dla nas najlepsze ? autonomia 😛 kiedy ten narod wywiaze sie ze swoich obietnic tfu! umow ….
    Choc mysle wielu regionom tego kraju autonomia by dala bardzo wiele…

    Co do rowerow – niezlym rozwiazaniem sa skutery – z ubiorem latwiej – mozna schowac w pojezdzie zewnetrzna ochrone – w Paryzu wypatrzulem wielu ludkow w garniturach na pizdzikach nawet w deszcz…
    Co do PO to nie trzeba od razu zyc po spartansku – wystarczyloby zyc w miare ekonomicznie i problem mozna zminimalizowac, w przeciwienstwie to poteznej niegospodarnosci naszych czasow.
    pozdrawiam
    mopel44

  30. says

    Oj nie wiem czy tak łatwo jest wywalczyć Ślązakom znów tę zlikwidowaną autonomię – w konstytucji RP jest wykluczona taka możliwość, trzebaby ją zmienić, a poza tym chyba tam już więcej u was Goroli niż Hanysów, i nie wiem jakby ta autonomia przeszła w ew. głosowaniu.

    I oby ta ew. autonomia nie poszła przypadkiem w kierunku socjalizmu, większych podatków i dorżnięcia lokalnej społeczności przez własnych działaczy którym większa władza uderzyła do głowy.

    Nam też Warszawka spija całą śmietankę, ale oddać większą władzę w ręce lokalnej skorumpowanej sitwy, hmm, nie wiem czy to by funkcjonowało?

    Co do skuterów masz rację – zwłaszcza patrząc ile toto pali i jak łatwo zaparkować w mieście.

    Mimo wszystko jestem raczej zwolennikiem transportu indywidualnego w miastach przyszłości: rower, skuter, elektro-skutery i elektro-rowery, elektro-autka, małe autka miejskie o mniejszej mocy i zużyciu paliwa. Sieć publiczna tylko jako niezbędny, podstawowy „szkielet”.

  31. mopel44 says

    Jakie glosowanie – umowa byla , byla respektowana! To pierwsze . Po drugie zawsze lepiej dac kase sitwie tutaj ija kontrolowac, a nie wrzucac do worka. Z panskiej wypowiedzi powialo jakoby oligarchia w wawie byla conajmniej rowno skorumpowana…
    Radnemu mozna nawet dac w morde jak zlodziej.
    Co do szynowej ludzie zapominaja o jednej rzeczy – to bardzo wygodna komunkacja – pozwala na duza przestrzen i daje mozliwosc komfortowego przemieszczania sie, wielu podroznych w podparyskich pociagach przez 30 min dojazdu przysypialo w wygodnych fotelach – tak samo jak z Katowic zdazylo mi sie jechac – niestety przy tej samej odleglosci bylo to 1:15 h… calkiem sobie czasem odespalem. Mozna gazete poczytac , zjesc posilek. Transport indywidualny w wielu przypadkach jest nieefektywny dla ludnosci. Jak dla mnie oplaca sie jechac nawet i 30% dluzej a przyjemnie poczytac cos i napic sie kawy.
    No bezpieczenstwo wyzsze.
    Jezeli chodzi o sama metropolie – powiedzmy 500-1 mln – to przy cywilizowaniu wykonania transportu jest do dalej bardzo efektywne – problem metra i braku komfortu ? jest przepelnione!
    mopel44

  32. says

    Mówię przede wszystkim, że takie działania autonomiczne u nas na Dolnym Śląsku by nie przeszły na pewno, natomiast nie znam aż tak dokładnie realiów górnośląskich.

    Oczywiście wiem z historii II RP że Woj. śląskie miało szeroką autonomię, która efektywnie funkcjonowała i którą wam socjaliści i komuchy zlikwidowali – dlaczego po ’89 właściwy stan prawny nie został przywrócony? nie mam wiedzy na ten temat. Komuchom, socjalistom, różowym, pomarańczowym itp. nie można ufać najwyraźniej. Ponoć ostatnio miał być VAT obniżony o 7%? A w ramach „wywiązywania się z obietnic” podwyższyli :)

    Co do wygody transportu publicznego mam bardzo mieszane wspomnienia z Poznania (mieszkałem 10 lat!). Co do bezpieczeństwa, hmm, miałem osobiście szczęście ale nie jeden ze znajomych został okradziony czy napadnięty.

    1:15 to dużo jak na obręb tej samej aglomeracji – jaki to dystans dokladnie?

  33. says

    cd. komunikacja miejska – wygoda i bezpieczeństwo – moje wspomnienia ze studiów i kilku lat pracy w Poznaniu potem:

    – kumpel z grupy na studiach pobity na przystanku
    – znajomy z treningów podobnie, do knockout’u
    – znajomy z organizacji studenckiej pobity do nieprzytomności koło przystanku z pobytem w szpitalu
    – najlepszy kumpel ze studiów/pracy pobity na przystanku, jakiś czas potem jeszcze okradziony w tramwaju
    – i tak dalej.
    – mi się upiekło, choć nie jedna zaczepka była (ale ja jestem dużej postury, krótko obcięty…)

    a niedawno w Lubinie

    – siostra bohatersko odparła próbę kradzieży w autobusie, napastnik nie spodziewał się tego i uciekł,
    – koleżanki siostry okradzione…

    we Wrocławiu:
    – córka klientki napadnięta we Wrocławiu po wysiądnięciu z tramwaju – napastnik ją poturbował i siłą sciągnął skarpetki, po czym uciekł (nie, nie żartuje tutaj)

    kończę z tym bo nocy nie starczy…

    pozdrawiam!

Trackbacks

Odpowiedz na „Zenon MałolepszyAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *