Używanie nawozów sztucznych by naprawić eksosystem

Wiele atramentu wylano na papier a bajtów na serwerach wypełniono opisami jakie to niedobre jest nawożenie gleby nawozami sztucznymi. W końcu zwykle pola i łąki zasila się tylko kilkoma, w lepszym wypadku kilkunastoma pierwiastkami, a do życia potrzeba ich więcej (a można się kłócić, że do osiągnięcia optymalnego stanu zdrowia nawet sporo więcej). Dochodzi do tego jeszcze mit, że nawozy sztuczne  „zużywają” lub „wypalają” materię organiczną. Po prawdzie to nadmiar azotu (nieważne czy pochodzi on z nawozów sztucznych czy organicznych) jest przyczyną „zużywania” lub braku akumulacji materii organicznej w glebie. Osoby chcące zrozumieć tempo rozkładu materii organicznej mogą przeczytać ten  wpis.

Kolejny kwestia to fakt niszczenia życia glebowego przez nawozy sztuczne. Większość nawozów sztucznych to różnego rodzaju sole lub tlenki. Jeśli zasypie się jakiś organizm solą, to nie wpłynie to pozytywnie na równowagę osmotyczną w tym organizmie. Pomyślcie co by się stało zasypało czyjeś ciało solą kuchenną lub jeśli nie macie takich morderczych upodobań jak nieprzyjemne jest tynkowanie „tradycyjną” zaprawą (trzeba uważać, by zaprawa nie dostała się na ręce, bo spowoduje to najpierw podrażnienia a później trudno gojące się, „babrające” rany. Jeśli jakiś organizm glebowy, czy to dżdżownica czy też zwykła bateryjka zostanie zasypana nawozem sztucznym, to po prostu zginie.

Człowiek może przeżyć w dole z wapnem przez trzy dni, tylko jeśli cieszy się boską opieką (jak Św. Grzegorz) wrzucony tam przez cesarza Dioklecjana.

Człowiek może przeżyć w dole z wapnem trzy dni, tylko jeśli cieszy się boską opieką (jak Św. Grzegorz) wrzucony tam przez cesarza Dioklecjana. Nie próbujcie tego w domu!

Z większością tych argumentów „zdrowotnych” się zgadzam. Sam większość mego jedzenia spożywam ekologicznego, głównie w celu unikania pestycydów, zwiększonej ilości witamin, mikroelementów i różnych substancji czynnych w ekologicznym jadle.

Innej jest moje podejście do nawozów sztucznych, gdy chcemy jakiś mocno zdegradowany kawałek ziemi przywrócić produkcji roślinnej. Wtedy mogą stanowić ogromną pomoc. Śmierć życia glebowego? Pewnie, trochę się tego zabije, ale uwzględniając fakt, że jest go mało, to to nie będzie robić to aż takiej różnicy, zwłaszcza jeśli uwzględni się jak bardzo nawozy pomogą w produkcji biomasy, która już w następnym sezonie (jeśli ją zostawimy na polu) a nawet w tym samym stanowić będzie pożywkę dla nowej zaznaczę już dużo wyższej , bo posiadającej źródło żywności populacji bakterii, dżdżownic i innego stworzenia, które robi ziemi dobrze. Sezno, dwa, trzy nawożenia (choćby nawozami sztucznymi)  przyspieszą nasze postępy w zagospodarowaniu ziemi kilkunastokrotnie. Dbanie o (praktycznie nieistniejące) życie glebowe przypomina mi martwienie się o to na jaki kolor pomalować okiennice, gdy nie mamy jeszcze wylanych fundamentów pod dom. Sam Bill Mollison nie bał się użyć nawozów sztucznych na początku zamiany farmy konwencjonalnej na permakulturową… Swale, hugelkultura to wszystko jest dobre, ale dlaczego by nie wykorzystać wszystkich technik nam dostępnym by poprawić żyzność gleby?

Teoretycznie najnaturalniejszym rozwiązaniem byłoby puszczenia na dane stanowisko zwierząt jak to zalecane jest w Holistycznym Zarzadzaniu Ziemią, ale tutaj, na przysłowiowej „pustyni” problemem mogłoby być dowożenie wody i paszy dla zwierząt. Jak inaczej stado krów miałoby się wyżywić,  wyprodukować wystarczającą ilość gówna by nawieźć całą działkę i przybrać na masie jeśli na działce nie ma praktycznie żadnej roślinności (poza mchami i porostami)?

Jeśli ktoś bardzo nie lubi nawozów sztucznych zawsze może załatwić sobie trochę obornika, gnojowicy czy innego nawozu pochodzenia zwierzęcego…

Na pierwszym planie „pustynia” nawożona obornikiem końskim i posypana wapnem. Dalej… po prostu pustynia czekająca na to aż ktoś się nią zajmie. Bilans biomasy na tej pustyni wygląda tak.

Oczywiście post napisany był z perspektywy „antropocentrycznej”. Według innych kryteriów ta pustynia ma wartość samą w sobie. Są tam przecież różne porosty, żuczki i inne robaczki. Większość z nich zginie w krótszej perspektywie jeśli podniesiemy żyzność gleby, bo te konkretne gatunki przystosowane są do środowiska o niskiej żyzności (w tym przypadku będącym na początkowym etapie sukcesji ekologicznej). Ostatecznie też zginą, bo za kilkadziesiąt-kilkaset lat proces naturalnej akumulacji materii organicznej, który w chwili obecnej jest niesamowicie wolny doprowadzi do samoistnego postępu w sukcesji ekologicznej. Skoro ekosystemem klimaksowym w naszym klimacie jest las, to las w końcu tam wyrośnie. Powtórzę jeszcze raz, że nawożenie (czy to obornikiem czy nawozami sztucznymi) tylko ten naturalny proces przyspieszy. A tak w ogóle Memento Mori!

Comments

  1. says

    Jeden problem dostrzegam w powyższej koncepcji – na mocno przepuszczalnych glebach piaszczystych, tradycyjny (NPK) nawóz sztuczny skończy w wodach gruntowych lub spłynie do zlewni zanim zdąży cokolwiek użyźnić. Nawozy wolno działające są z kolei kosztowne a takie Osmocote na przykład u mnie też się nie sprawdziło na piaskach, tam, gdzie gleba nie była ściółkowana. Obornik pewnie byłby najlepszy, szczególnie ze sporym udziałem słomy, nie miałem jednak okazji spróbować.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *