O minerałach, naukowcach i dziewkach sprzedajnych.

Dzisiejszy wpis będzie dużo mniej praktyczny a nieco bardziej filozoficzny. Chciałbym podzielić się z Czytelnikami pewnymi przemyśleniami do których doszedłem w wyniku zgłębiania tematyki żyzności gleby, zdrowia roślin, zwierząt i ludzi.

Z góry uprzedzę, że ja nie z tych, co twierdzą, że wszystkim chorobom świata da się zapobiec jedząc odpowiednią, zdrową żywność (choćby z tego powodu, że od czasu paleolitu zmieniło się tysiące czynników i każdy z osobna lub dowolna, nieznane nam ich kombinacje mogą wpływać negatywnie na zdrowie ludzi).

Przykładowo jedzenie żywności podgrzanej w mikrofalówce może wpływać na zdrowie negatywnie nie tylko z tego powodu, że jest podgrzewane w mikrofalówce, ale również dlatego, że jedzenie z mikrofali wiąże się z pewną kulturą „jedzenia” (że użyję takiego eufemizmu) – ta pasza treściwa pewnie nie została przygotowana w domu ze świeżych składników, a w jakiejś fabryce, jest wielce możliwe, że jest również podgrzewana w plastikowym opakowaniu, którego cząsteczki przedostają się później do tego jedzenia (a potem działają w ciele człowieka podobnie jak estrogeny) a w czasie podgrzewania wchodzą w rożnego rodzaju interakcje a tłuszczami zawartymi w danej potrawie, tworząc nową, chemiczną „wartość dodaną”. Można również zakładać, że składniki do produkcji danego produktu żywnościopodobnego nie zostały wybrane w oparciu o wysoki współczynnik Brixa, a najniższą cenę. Z obserwacji osób używających mikrofali zauważyłem, że podgrzewając żywność zostają oni często w kuchni w czasie gdy ich jedzenie się „gotuje” co powoduje, że otrzymują oni solidną dawkę promieniowania (oni i wszyscy znajdujący się w odległości kilku metrów od mikrofalówki, ściany przed tym nie chronią). Moc promieniowania jest odwrotnie proporcjonalna do kwadratu odległości od źródła. E = I cos α / r².

Zakładając, że jedynymi zmiennymi (w stosunku do paleolitu) byłaby „kwestia mikrofalówki”, to czy  z czystym sumieniem może ktoś odpowiedzieć, że przyczyną chorób jest niska zawartość wapnia, fosforu… i pierwiastków śladowych w żywności? Nie, zakładając, że ten ktoś zna podstawy metody naukowej… A opisana powyżej kwestia mikrofali, to tylko jeden z setek jak nie tysięcy rzeczy, które zmieniły się od czasu, gdy nasi przodkowie biegali po lasach goniąc za zwierzyna…

Dlaczego rośliny chorują?

Na rynku dostępne jest mnóstwo środków mających za zadanie zabicie szkodników czy patogenów roślin. Od tych „ekologicznych” (z reguły mniej skutecznych, ale mających mniejsze skutki uboczne) po różne chemiczne wynalazki (z reguły skutecznych w niszczeniu konkretnych chorób, owadów czy grzybów, ale zwykle powodujące gromadzenie się szkodliwych pestycydów lub ich pozostałości w roślinie).

Warto zadać sobie pytanie dlaczego dana roślina choruje. Czy naszą jabłoń dopadł parch jabłoni dlatego, że ma deficyt folpet N-(trichloromety-losulfanylo)ftalimidu (to nazwa substancji czynnej jakiegoś fungicydu)?  Zważywszy, że przed stworzeniem tej substancji przez człowieka bywały na świecie jabłonie, które parcha nie miały, dobrze byłoby rozważyć inne opcje…

Jedno z alternatywnych rozwiązań problemu chorób roślin jest dość proste – „wystarczy” zapewnić roślinie wszystkie minerały potrzebne do wzrostu i optymalnego zdrowia. Pozwoli to zapobiec a nawet do pewnego stopnia odwrócić wiele, jak nie większość chorób roślinnych. Niekoniecznie wszystkich, bo jeśli choroba czy niedyspozycją spowodowana jest promieniowaniem od routera Wi-Fi, masztu antenowego czy promenowaniem gamma, to nawet idealne odżywienie roślin nic nie da.

Nawet najbardziej idealne proporcje Ci w takim wypadku nie pomogą, chyba, że siedzisz w schronie kilkanaście metrów pod ziemią…

Ile pierwiastków jest niezbędnych roślinom do życia i zdrowia?

Od XIX w. zaczęto po kolei odkrywać „naukowo” jakie pierwiastki są potrzebne roślinom do wzrostu. Proces ten w pewnym sensie trwa do dziś. Oto lista kiedy odkryto, że poszczególne pierwiastki są roślinom niezbędne do życia, obok nich data, kiedy zostało to odkryte i uznane [1]. Z wiadomych względów pomijam tlen (O), wodór (H) i węgiel (C). No dobra, gimnazjalistom wyjaśniam, że tę trójkę rośliny pobierają z powietrza i wody.

  1. Azot N: 1804 i 1851-1855
  2. Fosfor P: 1839 i 1861
  3. Potas K: 1866
  4. Wapno Ca: 1862
  5. Magnez Mg: 1875
  6. Siarka S: 1866
  7. Bor B: 1926
  8. Żelazo Fe: 1843
  9. Molibden Mo:1939
  10. Miedź Cu: 1925
  11. Mangan Mn: 1922
  12. Cynk Zn: 1926
  13. Chlor Cl:1954
  14. Nikiel Ni: 1987

Pierwiastki rozpoznawane jako korzystne dla niektórych roślin, ale nie niezbędne:

  1. Sód Na
  2. Krzem Si
  3. Glin Al
  4. Wanad Va

Pierwiastki, które są potrzebne zwierzętom i ludziom a bez których rośliny mogą się obejść:

  1. Selen Se
  2. Kobalt Co (wchodzi w skład witaminy b12 wiecie weganie i te inne sprawy)
  3. Jod I
  4. Chrom Cr
  5. Arsen As

Pierwiastki które są podejrzewane o pozytywny wpływ na zdrowie człowieka (inne niż ww):

  1. Stront Sr
  2. Lit Li

Wiem, wiem na tych listach pewnie brakuje sporo elementów, które uważacie za niezwykle korzystne. Wypisałem tylko te „uznane” przez współczesną naukę, względem których nie ma żadnych kontrowersji.

Chciałbym jednak zauważyć pewną prawidłowość. Przez długi czas (oficjalnie do 1987 roku, czyli ledwo 27 lat temu) nasza wiedza na temat tego co jest roślinom niezbędne do wzrostu i zdrowia nie była kompletna (według dzisiaj obowiązującej teorii rolniczej)… Teraz, czy moi Czytelnicy dopuszczają taką możliwość, że nasz stan wiedzy na dzisiaj może być niekompletny?  W końcu żyliśmy w takich warunkach do tej pory (oficjalnie do 1987), to niby dlaczego dzisiaj miałoby być inaczej?

Żeby cała sprawę jeszcze bardziej skomplikować dodam, że nie chodzi „tylko” o obecność konkretnych pierwiastków, MOŻE równie istotne jest który izotop danego pierwiastka spożywamy? To sprawia, że ilość potencjalnie niezbędnych (lub niekoniecznie niezbędnych a korzystnych dla zdrowia) substancji mineralnych znacznie wzrasta. Stąd stosowanie mączek skalnych czy wody morskiej w ogrodzie polu czy pastwisku daje tak dobre rezultaty, bo pewnie jest w nich coś o czym jeszcze nie wiemy, że jest nam potrzebne.

Do tego momentu mówimy o sytuacji w której uczciwi i rzetelni naukowcy z powodu przyrodzonych nam ograniczeń ludzkiego umysłu mieli problemu ze znalezieniem rozwiązania/prawidłowej odpowiedzi. Jak się jednak moi Czytelnicy już domyślają nie jest to jedyna przeszkoda na drodze do poznania prawdy. Inną bowiem są pieniądze, czy może to w jaki sposób „instytucje naukowe” są finansowane. Pozwólcie, że przedstawię to na przykładzie z życia, bo pewnie niewielu z nas ma bezpośredni wpływ na decyzję, jak finansowane będę poszczególne uczelnie…

Salony „masażu” a instytucje naukowe

Na ulicy, na której mieszkam jest kilka burdeli, kilkanaście różnych salonów masażu w których pewnie więcej niż połowa oferuje „masaż z happy endem” oraz dziesiątki niezależnych kobiet pracujących. Jeśli więc bym chciał mógłbym się zapytać jednej z pań „czy bierze do buzi i połyka” (jako, że jestem wysoki, przystojny, mam biała skórę, 46cm w bicepsie a oprócz tego dobrą nawijkę, nie muszę z ich usług korzystać, ale jakbym chciał…). Zakładając, że uzyskałbym odpowiedź negatywną, podziękowałbym i poszedł do drugiej ładnej pani zadać jej to samo pytanie. W końcu znalazłbym taką, która daną usługę świadczy. Po prawdzie, to nie musiałbym pewnie iść do drugiej dziewczyny, bo pierwsza by to zrobiła, ale w celu lepszego zobrazowania tej historyjki… Zakładając, że w salonie „masażu” byłby właściciel/menadżer i zobaczyłby, że klient „dostaje kosza” od pracowniczki, zapewne poprosiłby klienta o chwileczkę czas, a sam wziął dziewczynę na rozmowę, gdzie wytłumaczyłby jej, że Pecunia non olet i nie mają słono-gorzkiego smaku…

Yo bich, get back to work, suck dat cock, cause thats’ what hoes do! Earn some sweet monies for your daddy!

Korupcja w nauce

Nie jest zapewne dla moich Czytelników żadna nowością, że większość instytucji naukowych (w USA) dostaje dofinansowanie od różnych korporacji, zwykle na tzw. „badania naukowe”. Jedno z podstawowych prawideł „ekonomii” czy może stosunków międzyludzkich to: klient nasz pan, lub innymi słowy: płacę, więc wymagam. W przypadku tworów nie będących ludźmi a posiadającymi osobowość prawną jest nie inaczej. Tzw. „Badania naukowe” nie służą temu by zbadać pewien obszar rzeczywistości czy dojściu do prawdy (sprawdzić czy dany środek leczy raka, czy dana procedura przyspiesza zrost kości, czy dany dodatek do gleby powoduje zwiększenie plonów ziemniaków, czy promienie światła mogą w konkretnych warunkach poruszać się szybciej niż z prędkością światła itd., itp.). Ich celem jest uwiarygodnienie produktów i usług sprzedawanych przez zainteresowaną (czytaj finansującą daną uczelnię czy instytut badawczy) korporację. Żyjemy bowiem w świecie, który z pozorów chrześcijański przestał być już dawno (niektórzy będą nawet twierdzić, że Polska tak naprawdę nigdy nie została schrystianizowana). Dzisiejsi magowie,  czy kapłani również noszą białe szaty, jednak nie przesiadują w sanktuariach czy kościołach a na uczelniach i w instytutach naukowych prawiąc swej trzódce dyrdymały o tym jaka jest natura rzeczywistości. Coraz częściej wychodzi na światło dzienne, że ci kapłani łgają jak z nut i zamiast prawdy serwują nam to co jest w interesie akcjonariuszy ich sponsora… Oto tylko dwa przypadki:

Retractions of dishonest scientific papers rose 1,900% in nine years

Wycofania z opublikowania nieuczciwych prac naukowych (z opublikowania w czasopismach naukowych, po ich nadesłaniu do opublikowania) w czasopismach naukowych wzrosły w ciągu 9 lat o 1900%. (Tłumaczenie W.M.). Tytuł (choć fatalnie przetłumaczony – nie mam za grosz talentu w tej dziedzinie) chyba dobrze tłumaczy o co chodzi? Dla osób nie znających angielskiego streszczę artykuł – choć ilość nadesłanych prac naukowych wzrosła w ciągu 9 lat tylko o 44%, to ilość odrzuconych (ze względu na wykrytą nieuczciwość) wzrosła o 1900% (dziewiętnastokrotnie).

In cancer science, many „discoveries” don’t hold up

W badaniach nad rakiem, wiele z odkryć nie „trzyma się kupy” (Tłumaczenie W.M.). Reuters donosi (jeżeli chodzi o informacje z mainstreamu nie ma bardziej wiarygodnego źródła), że 47 z 53 przeprowadzonych ponownie „ważnych” badań nad lekami na nowotwory (opublikowanych w „poważanych” czasopismach naukowych) dało inne wyniki niż te oryginalne opublikowane. Przy czym przeprowadzający je naukowcy z Amgen Inc. byli w kontakcie z autorami oryginalnych badań w celu upewnienia się, że metodologia jest prawidłowa. Mimo tych zabiegów uzyskane rezultaty były w 90% inne niż pierwotne wyniki. Krytycy tego odkrycia twierdzą, że badanie nad rakiem jest na tyle skomplikowane, że drobne zmiany w metodologii mogą spowodować ogromne różnice w wyniku. To słuszne założenie, ale jak w takim razie można uzasadnić stosowanie danych środków jako lekarstw? Przecież warunki w rzeczywistości (np. szpitalu w którym będzie podawać się chemioterapię) będą tak znacznie różnić się od tych w laboratorium, że wartość tych leków (wg. tej metodologii) jest zerowa. Poza tym wiele wyników badań nie można było powtórzyć nawet in vitro.

Podobnie jest z roślinami modyfikowanymi genetycznie, które choćby z samego faktu, że z racji ich technologii uprawy zawierają więcej herbicydów i ich pozostałości. Oczywiście długotrwałe i rzetelne badania nie wykazały, że to jest groźne dla zdrowia (bo jakże mogłoby być inaczej?). Czego się boisz? Naukowcom przecież można zaufać… Nadal masz obiekcje? To pewnie z Ciemnogrodu jesteś… A tak w ogóle to czy masz doktorat, z fizjologi zwierząt i roślin by wypowiadać się na ten temat? Nie, wiec nie masz kwalifikacji a chcesz na ten temat dyskutować. Dosyć to aroganckie z Twojej strony.

 

Przypomnę tylko, że istotą nauki (w uproszczeniu) jest przeprowadzanie eksperymentów w kontrolowanych warunkach, których wynik powinien być jednakowy i powtarzalny. Dzięki temu możemy (my, firmy czy instytucje) na jej podstawie robić pewne założenia, które mogą okazać się dla nas korzystne (zdrowotnie, biznesowo itp.).

Niestety ten model ma jedną wadę – opiera się na uczciwości naukowców. Jeśli tej zabraknie… No cóż, skąd edytor (nawet biegły w danej dziedzinie nauki, powiedzmy onkologii) przyjmujący badanie do publikacji ma wiedzieć, że dany środek rzeczywiście zmniejszył guza u mysz o 70% a nie tylko o 14% (a oprócz tego powoduje niewydolność nerek i marskość wątroby) jeśli osobiście tych badań nie przeprowadzał lub jeśli sam ich nie powtórzy (ponosząc ogromne koszta)?

Do tego dochodzi ingerencja rządu czy też różnych organów państwowych, którym z jakiegoś powodu nie widzi się opublikowanie konkretnych wyników badań, lub które (zapewne dla dobra ogółu!) trzeba „zmodyfikować”… Czy znając te fakty można wierzyć nauce i temu co np. „konsensus naukowców” ustalił? Czy w tym kontekście kwestie „globalnego ocieplenia” lub „globalnej zmiany klimatu” można brać poważnie? Na to pytanie proszę odpowiedzieć sobie samemu. Cała sprawa powstała w kontekście politycznym. Margaret Thatcher chciała zniszczyć potężne związki zawodowe górników węgla i wybudować kilka elektrowni atomowych (by wzbogacać na potrzeby militarne uran). Ten wtedy genialny z politycznego punktu widzenia ruch ugryzł później (i nadal gryzie) konserwatystów na całym świecie w tyłek…

Zostaje jeszcze arogancja… To jednak temat na kolejny artykuł.

—–
[1]”Handbook of plant nutrition” Edited by: Allen V. Barker, David J. Pilbeam

Related Post

Comments

  1. says

    Nie to żebym słodził, bo chociażby nie mam w tym interesu, ale w pełni się zgadzam i podziwiam umiejętność przyswajania ogromu wiedzy, następnie wnikliwości i umiejętności wyciągania (przynajmniej) trafnie brzmiących i przekonywujących wniosków. Jedyne do czego można się przyczepić to „niegrzeszenie” skromnością – ale to akurat jest mi dość bliskie :). Swoją drogą to smutne w jakich czasach zostało nam żyć (naszym dzieciom !), śmię twierdzić, że zdrowiej i weselej było za czasów demokracji ludowej – ogólnie wbrew pozorom lepiej, o czym mówią same statystyki urodzin w naszym kraju … niemniej jednak problem jest pewnie bardziej złożony.
    Pozdrawiam
    P.S. Ciekaw jestem kiedy odgórnie zaczną zamykać takie strony jak ta … mam tylko nadzieję, że nie za moich czasów…

    • Permakulturnik says

      Dziękuję za komplementy – to woda na mój młyn… Co do skromności… Ja tu tylko fakty podałem!

      Ilość urodzeń na całym świecie spada, śmiem twierdzić, że nie ma to dużego związku z gospodarką, tylko z możliwością wyboru i tym co cenią ludzie. Dowodem na to jest fakt, że w Czeczenii jest najwyższy przyrost naturalny w całej Rosji. Trudno mi uwierzyć, że akurat ludzie mają więcej dzieci, bo żyje się im lepiej niż w reszcie Rosji.

      Strony nie zamkną, a jak by spróbowali, to mam kopie zapasowe a w razie czego można serwer w jakimś dzikim kraju wykupić…

      Również Pozdrawiam!

      • says

        Fakty, faktami a skromnoś może być swoją drogą – Też nie mam się czego wstydzić, ale już sama informacja, że o tym wspomniałem świadczy o mym braku skromności 😉
        Co do ilości urodzin to również wspomniałem, że problem jest bardziej złożony, ale odnośnie jakością życia a urodzinami – dlaczego te Polki co żyją w UK rodzą na potęgę ?
        Co do dzikich krajów to w dobie g(oogle)lobalizacji obawiam się, że za kilka lat będzie problem znaleźć takowe… no chyba, że coś w międzyczasie diametralnie się zmieni, w co wątpię…

        Przy okazji, miałem to szczęście, że po drodze do mojej działki jest duuuży zakład kamieniarski, dzięki czemu uzyskałem darmowy dostęp do mączki granitowej, jedynym ograniczeniem jest mój własny transport.

        • Permakulturnik says

          Gratuluję znalezienia źródła mączki granitowej. Pamiętaj tylko, żeby zawsze dodawał co najmniej 1/3 dolomitu (lub innego źródła magnezu) co mączki granitowej. Nie chcesz mieć więcej potasu niż magnezu w glebie. Ty masz takie kiepskie piaski na zboczu jakiejś górki?

          • says

            Nie – ja mam wręcz odwrotnie – ciężką glebę gliniastą po nieużytkach, częściowo zarośnięte olchą a znakomita reszta to dzikie zachwaszczone łąki przechodzące przy samej rzeczce w nieco podmokłe trzęsawisko (dodatkowo ok. 10% powierzchni to uboga łączka przypominajaca zarośnięte żwirowisko). Nie robiłem badań, ale domyślam się, że w większości gleba jest kwaśna (m.inn. dużo skrzypów) i po obfitych opadach przez pewien czas jest wysoki poziom wód gruntowych (na większości działki).

Trackbacks

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *